Posłałam Lawsonowi przyjacielski uśmiech. Obserwowanie jego nieustannych zaczepek Sili było dosyć zabawne. Kocie podchody, końskie zaloty, czy coś w tym guście. W jakiś pokręcony sposób, Lawson przypominał mi Feliksa. Równie tajemniczy, nieokrzesany, wredny, ale jednocześnie na swój sposób uroczy. Dałam sobie mentalny policzek i kiwnęłam głowa do czarnowłosego na znak, że już możemy ruszac tyłki i się zmywać. Ten wyciągnął z kieszeni kartę, podarł ją na pół i wymamrotał pod nosem słowa zaklęcia. Wokół naszych sylwetek pojawiło się jasne światło, które stopniowo zwiększało swój obszar. Po dosłownie trzech sekundach szarpnęło nas mocno, zamknęłam oczy i złapałam się Feliksa. Nienawidziłam podróżować za pomocą kart, miałam wrażenie, że mój żołądek zostaje wywrócony kilkukrotnie do góry nogami, a mój zmysł równowagi zwykle zachowywał się, jakbym była pijana. Po chwili byliśmy już na miejscu, puściłam się chłopaka, starając się ignorować wzrok Sili, który wyraźnie wiercił mi dziurę w brzuchu. Staliśmy po środku lasu, przed wielkim, kolorowym budynkiem, którego blask bił po oczach.
- Witajcie w miejscu, gdzie podstawową walutą są żetony, życie zaczyna się dopiero po zmroku i każda osoba będzie chciała was okantować. Lubicie zakłady? - spytałam, wchodząc do środka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
W przypadku komentarzy anonimowych należy pozostawić po sobie podpis:
~Wybrany podpis
Unikniemy przy tym mylenia anonimków.