Wspólnie z chłopakiem dotarliśmy do sklepu, gdzie wybraliśmy lody na patyku. Wzięłam moje ukochane waniliowe z truskawkową polewą w środku, polewą czekoladową i kawałkami orzechów.
- Zayn, jak ci się podoba Salem? Nie tęsknisz za rodziną? - spytałam się chłopaka i spojrzałam w niebo.
Szlag, zebrały się czarne chmury i zaczęło kropić, żeby po paru sekundach lunąć jak z cebra. Przeklęłam głośno, gdy zorientowałam się, że drzwi od sklepu są zamknięte. Zdecydowanie, sprzedawca to dupek, kij z tym, że faktycznie wybiła północ i może już zamknąć, zero litości. Pobiegliśmy w stronę lasu, chroniąc się w altance obok szkoły, gdzie skończyliśmy lody. Mimo późnej pory było ciepło, choć dzięki deszczowi dosyć wilgotno. Po chwili przestało padać, ale ja i Zayn byliśmy cali mokrzy, praktycznie tworzyliśmy wielkie kałuże, w miejscu, gdzie staliśmy. Położyłam się na ławce, mamrocząc pod nosem wiązanki przekleństw, dotyczące pogody, która zachowuje się jak kobieta w ciąży. Borze Wszechlistny, pogodo lecz się.
- Skąd pochodzisz? - spytałam się chłopaka, chcąc przerwać ciszę. Nie była krępująca, ale i tak nie lubiłam, gdy jest tak cicho.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
W przypadku komentarzy anonimowych należy pozostawić po sobie podpis:
~Wybrany podpis
Unikniemy przy tym mylenia anonimków.