Wzięłam głęboki oddech, choć tutejsze powietrze miało wobec mnie dziwny
smak. Za wiele tu było różnych zapachów, za wiele stworzeń. Owszem
ciągnęło mnie zawsze do skupisk ludzkich. Nie byłam odludkiem jak mój
ojciec, ale przyzwyczajenia robiły swoje, a tłumy mi zawadzały. Czasami
miałam ochotę wciągnąć wszystko wokół mnie w Pustkę. Chłodną, cichą
pustkę, w której była tylko czysta energia, przenikająca przez skórę i
sprawiająca ból wszystkiemu za wyjątkiem mnie. Ale nie byłam tak głupia,
żeby używać swoich zdolności pochopnie. Co jednak najważniejsze nie
miałam chęci robić komukolwiek krzywdę.
Ruszyłam spokojnie korytarzem. Jak zwykle, wyprostowana, opanowana, z
twarzą bez wyrazu. Taka już byłam. „Bo bogowie są jak ich posągi,
niewzruszeni” – dźwięczały mi słowa ojca. Tylko, że on nigdy nie zasiadł
pośród bogów. I szczerze wątpiłam, by miało to kiedyś nadejść.
Minęła dwie kotołaczki, które spoglądały na mnie swymi zielonymi oczyma z
niechęcią. Jednak nachyliła się do drugiej szepcząc coś. Idiotki!
Sądziły, że nie słyszę? Sądziły, że nie widzę?
Stanęłam i odwróciłam się w ich stronę, wbijając w nie zimne spojrzenie.
- Uważajcie zwierzęta, co i o kim mówicie – rzuciłam chłodno, spokojnym głosem.
- Zwierzęta? Za kogo ty się niby masz?! – wysyczała jedna.
- Za kogoś, kto mówi to co myśli wprost, zamiast kryć się z tym po kątach – odparłam surowo.
- Chodź – odezwała się druga z dziewczyn, ciągnąć za sobą koleżankę widocznie chętną do dalszej „dyskusji”.
Znów westchnęłam, próbując zignorować wpatrzonych we mnie gapiów.
Ruszyłam wolno dalej, płynnym krokiem, choć miałam ogromną ochotę puścić
się pędem przez korytarz i zaszyć gdzieś. Nie zrobiłabym tego jednak.
Niewiele miałam za wyjątkiem swojej godności, której odebrać sobie nie
dam.
Gdy dotarłam wreszcie do biblioteki i weszłam między regały uginające się od ksiąg, poczułam spokój.
- Wreszcie cisza – wyszeptałam tak, że jedynie moje usta złożyły się w słowa, a z mych ust wydostało się ledwie westchnienie.
Wzięłam starą księgę z elfickimi baśniami i wdrapałam się na regał.
Lubiłam siedzieć wysoko, ponad całym pomieszczeniem, z dala od wzroku
innych.
Pogrążona w lekturze poczułam, że coś łapie mnie za kostkę. Szarpnęłam
się, niemal spadając na ziemię. Niemal, bo na drodze stanęło mi coś
ciepłego i… żywego.
Odskoczyłam jak oparzona, spoglądając na tego kto mi przeszkadzał.
- Co ty wyprawiasz? – rzuciłam do niego, próbując uspokoić oddech.
- Ja? A ty co? Prawie się przez ciebie zabiłem, dziewczyno!
- Ty? Przeze mnie?
- A owszem musiałem wziąć książkę z samej góry, zachwiałem się, chciałem
złapać, a tu co? Czyjaś noga! – odparł. – Poza tym coś ty robiła tak
wysoko? Kark sobie skręcisz…
- Czytałam jeżeli już musisz wiedzieć.
- To? – wskazał na książkę po elficku, leżącą na podłodze i skrzywił się.
- A owszem – podniosłam manuskrypt, prostując starannie kartki.
<Will?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
W przypadku komentarzy anonimowych należy pozostawić po sobie podpis:
~Wybrany podpis
Unikniemy przy tym mylenia anonimków.