- Od razu lepiej - Zaśmiałem się - Jestem Satoru Crownquard, nie ma za
co uratowałem cię tylko przed dzikimi - Westchnąłem opierając się o
ścianę
- Dzikimi? - Nagle zapytała
- Wampirami które odziczały pod wpływem krwi, musimy je mordować -
Zauważyłem, ze pielęgniarka zbyt się przesłuchuje - No ale cóż ja taki
nie jestem - Uśmiechnąłem się
- Nie wątpię... - Sykneła lekko
- Nie powinnaś mieć takiego nastawienia do wszystkich - Zaśmiałem się - Mamy swój honor - Oblizałem się
Zerknęła tylko na mnie ze wzrokiem raniącym moje serce.
- Jeśli myślisz, że posłużysz mi ajko przekąska to się mylisz, w dodatku
jakby tak było skosztował bym swojej krwi tam na miejscu - Zdjąłem
ubranie poplamione we krwi - To już jest do niczego - Powąchałem patrząc
na nią zielonymi oczami
- Satoru dość, daj jej spokój - Mruknęła pielęgniarka znająca mój
charakter - A ty dziecko siada w końcu widzisz swoje rany!? - Pomogła
jej dojść do łóżka
- Widać, ze twarda panienka, ale na tym polega rzeczy by wiedzieć kiedy zrezygnować - Uśmiechnąłem się
- Daj jej odpocząć - Odparła lekarka
- Jak Pani uważa - Zachichotałem - Cya! - Pomachałem dziewczynie ręką i wyszedłem.
Było już późno, wrócić do miasta to przesada jutro się zajmę ostatnimi
dzikimi. A spać... to wręcz niemożliwe o tej porze jesteśmy najbardziej
aktywni. Po wyglądzie dziewczyny można było stwierdzić, ze długo nic nie
jadła ruszyłem do stołówki zrobić dobry uczynek. Zrobiłem sam do siebie
słodką minkę. Niestety znowu po drodze spotkałem brata.
- Co tu robisz o tej porze? - Zachichotałem
- Będę siedział w pokoju z jakimś niebiesko włosym wampirem, co ja jestem? - Westchnął
- Nie pytałem cię oto, ale czemu cię tu matka przysłała? - Spytałem zmieniając wyraz twarzy na poważny
- Bo ja wiem... Chyba chciałabym przestał być leniwy - Mruknął - Ide się położyc w sali muzycznej... - Odszedł
Kiedy dotarłem na stołówkę wziąłem torebkę i wsadziłem do niej kilka
owoców oraz wodę, wszystkie danie które były na kolacje są już zimne
więc nie będę dziewczyny truł. Ruszyłem zadowolony z powrotem.
Otworzyłem powoli drzwi wchodząc uśmiechnięty od cha do ucha.
- Mam Dla Ciebie coś do przegryzienia - Rzuciłem jej, a ona złapała
- Ale... wolę mięso - Westchneła
- O to też się zatroszczyłem - Miałem w folii zawinięte dwa kawałki i podszedłem podając jej
- Dziękuję - Odparła niechętnie
- Ależ nie ma za co - Uśmiechnąłem się
< Argona? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
W przypadku komentarzy anonimowych należy pozostawić po sobie podpis:
~Wybrany podpis
Unikniemy przy tym mylenia anonimków.