Piątek. Przedostatnia lekcja. Rozszerzona literatura. Uwielbiam literaturę, ale byłam już strasznie zmęczona po całym tygodniu. Tym bardziej, że ostatnio nie mogę spać. Nie słuchałam nauczycielki i tak o wszystkim wiedziałam. Omawiamy treny, utwory o charakterze żałobnym, wywodzącym się ze starogreckiej poezji funeralnej. Jest bardzo blisko spokrewniony z elegią i epicedium. Ktoś zaczął czytać treny Kochanowskiego. Uwielbiam je i znam na pamięć. Zaczęłam rysować zupełnie nie słuchając co nauczycielka mówi, zaczęłam słuchać, gdy podeszła do mojego biurka. Gdyby wzrok mógł zabijać, leżałabym martwa.
- Panno Beatrice! Skoro nie słuchasz, zakładam, że znasz wszystkie dzieła Jana Kochanowskiego! Zacytuj mi proszę ósmy tren i jakąś fraszkę!
- Łatwizna - szepnęłam do siebie i wstałam. -
Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim!
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:
Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.
Tyś za wszytki mówiła, za wszytki spiewała,
Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegała.
Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować
Ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować,
To tego, to owego wdzięcznie obłapiając
I onym swym uciesznym śmiechem zabawiając.
Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu,
Nie masz zabawki, nie masz rozśmiać się nikomu.
Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje,
A serce swej pociechy darmo upatruje.
Nauczycielka chrząknęła, abym zaczęła fraszkę, była wyraźnie zirytowana, że znałam to dzieło. Zaczęłam recytować moją ulubioną fraszkę.
- Na zdrowie!
Ślachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.
Tam człowiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie
Dobre są, ale -
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie nie masz siły,
I świat niemiły.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie
Ulubuj sobie!
- Dobrze - powiedziała surowo kobieta. - Ale następnym razem...
Nie dokończyła, bo rozległ się dźwięk dzwonka.
- Do zobaczenia pani psor - uśmiechnęłam się, biorąc torbę i wyszłam. Skierowałam się na jadalnie, była wyjątkowo pełna. Biorąc jedno jabłko usiadłam przy ostatnim wolnym stole. Po chwili jakiś chłopak podszedł do mojego stolika.
- Mogę się dosiąść?
- Jasne - odpowiedziałam z uśmiechem. - Jestem Tris.
- Jack. Jestem z Eteru, a ty?
- Pazura. Ale to nie ma znaczenia, przynajmniej dla mnie. No i co z tego, że jesteśmy z różnych wydziałów! Niektórzy traktują to strasznie poważnie! - trochę się zdenerwowałam.
<Jack?>
- Panno Beatrice! Skoro nie słuchasz, zakładam, że znasz wszystkie dzieła Jana Kochanowskiego! Zacytuj mi proszę ósmy tren i jakąś fraszkę!
- Łatwizna - szepnęłam do siebie i wstałam. -
Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim!
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:
Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.
Tyś za wszytki mówiła, za wszytki spiewała,
Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegała.
Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować
Ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować,
To tego, to owego wdzięcznie obłapiając
I onym swym uciesznym śmiechem zabawiając.
Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu,
Nie masz zabawki, nie masz rozśmiać się nikomu.
Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje,
A serce swej pociechy darmo upatruje.
Nauczycielka chrząknęła, abym zaczęła fraszkę, była wyraźnie zirytowana, że znałam to dzieło. Zaczęłam recytować moją ulubioną fraszkę.
- Na zdrowie!
Ślachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.
Tam człowiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie
Dobre są, ale -
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie nie masz siły,
I świat niemiły.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie
Ulubuj sobie!
- Dobrze - powiedziała surowo kobieta. - Ale następnym razem...
Nie dokończyła, bo rozległ się dźwięk dzwonka.
- Do zobaczenia pani psor - uśmiechnęłam się, biorąc torbę i wyszłam. Skierowałam się na jadalnie, była wyjątkowo pełna. Biorąc jedno jabłko usiadłam przy ostatnim wolnym stole. Po chwili jakiś chłopak podszedł do mojego stolika.
- Mogę się dosiąść?
- Jasne - odpowiedziałam z uśmiechem. - Jestem Tris.
- Jack. Jestem z Eteru, a ty?
- Pazura. Ale to nie ma znaczenia, przynajmniej dla mnie. No i co z tego, że jesteśmy z różnych wydziałów! Niektórzy traktują to strasznie poważnie! - trochę się zdenerwowałam.
<Jack?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
W przypadku komentarzy anonimowych należy pozostawić po sobie podpis:
~Wybrany podpis
Unikniemy przy tym mylenia anonimków.